Spogląda przez okno gapiąc się w
deszcz. Deszcz zapoczątkował pierwszą miłość. Tomas i Leon. Porzuciła ich i
teraz są razem. Jakie to smutne uczucie. Czuję że musi wyjść i coś ze sobą
zrobić. Tylko co skoro pada deszcz. Już ma zamiar po raz kolejny popaść w
depresję ale wytrzymuje. Czemu świat jest taki okrutny? Jej życie nie ma sensu
więc po co tu jest? Po raz kolejny spogląda w okno i zamyśla się. Co by było
gdyby któregoś wybrała? Nie wie.
Z zamyśleń wyrywa ją dźwięk
gotującej się wody. Zdejmuje czajnik z ognia i zalewa ciemne fusy wrzątkiem. O
tak, to dobrze jej zrobi. Zagląda do lodówki- nic, zagląda do szafki- nic.
Dopiero teraz zauważyła, że wyprowadzając się, Angie zabrała wszystko, co
jadalne. Szpera w zakamarkach spiżarki, licząc, że może coś tam znajdzie. Po
blisko półgodzinnych poszukiwaniach, udaje jej się znaleźć: słoik z miodem
lipowym, wysokie, szklane butelki z nalewkami i sokami, parę ząbków czosnku i
suszone zioła prowansalskie.
Gdyby mieszkała z ojcem na pewno
nic takiego by jej się nie przytrafiło- Olga zawsze przygotowywała smaczne,
różnorodne dania. Nigdy nie zapominała, by uzupełnić zapasy w lodówce. Zawsze
mogła liczyć na kawałek ulubionego ciasta, przyjemny pocałunek w policzek oraz
prawdziwie rodzinną atmosferę. Ale teraz jest dorosła- musi liczyć tylko na
siebie. Da sobie radę. Każdy na początku ma pod górkę…
Stara się znaleźć coś jeszcze.
Nic nie ma. Spogląda na okno i zauważa że deszcz przestał padać. Muszę wyjść i
coś kupić. Dobrze mi to zrobi-pomyślała. W pośpiechu założyła buty i kurtkę. Na
szczęście sklep był blisko. Po drodze zamarła. Jej oczom ukazał się idący
nieopodal Tomas. Próbowała odwrócić wzrok ale to na nic. Nie zdążyła i ich
spojrzenia spotkały się…
Odeszła szybkim krokiem. Szedł za
nią. Próbowała go zgubić, ale to spełzło na niczym. W końcu złapał ją za rękę.
Przybliżał się a ona nie mogła nic zrobić. Serce zaczęło jej coraz mocniej
walić.
Nagle się obudziła. To był tylko sen.
Spojrzała na zegarek. 03:21. Ale coś było nie tak. Zza okna biło zbyt mocne
światło. Przetarła oczy, zamrugała kilka razy i spojrzała jeszcze raz. Zamarła.
Nie wierzyła własnym oczom. A jednak….
******
Wysiadła z czarnego porsche,
które dostała od rodziców na zakończenie studiów w Stanford. Doskonale pamięta
te czasy, gdy jako studentka wieczorami wymykała się na spotkania z Jorge.
Ciemne wieczory spędzone na patrzeniu się to w gwiazdy, to w siebie nawzajem.
Była wtedy taka szczęśliwa. Dzięki niemu mogła w końcu zapomnieć o Maxim. O ich
rozstaniu, o ich wspólnych chwilach, planach, marzeniach…
A teraz jest tutaj. Taka samotna,
nieszczęśliwa, opuszczona przez wszystkich przyjaciół. Teraz jest w Madrycie, a
nie w Buenos Aires. Tu życie jest inne. Tutaj nie ma tylu różowych,
cukierkowych dni. Tu jest tylko szara rzeczywistość. Tutaj nie jest tą pełną
życia, marzeń Naty, ale smutną i samotną Natalią.
Podążyła ku wielkiemu, białemu
budynkowi. Przed nim widniała duża czerwona tablica, a na niej było napisane: Ośrodek Psychiatryczny świętej Hermenegildy
w Madrycie. Obok widniała mniejsza tabliczka, na której widniał napis : Nieupoważnionym wstęp wzbroniony.
Naty miała świadomość, że w szpitalu było mnóstwo osób, których stan psychiczny
był dziesiątki razy poważniejszy od jej. Bywali tu różni ludzie: uważający się
za Zbawiciela, niedoszli samobójcy, schizofrenicy, ludzie z różnymi innymi
ułomnościami. Wszyscy ci są tutaj, pod jednym dachem.
Podeszła do ogromnych szklanych
drzwi i pchnęła je. Doszła do recepcji, do około czterdziestopięcioletniej
kobiety w szarym mundurku, który obowiązywał cały personel szpitala, którego
nigdy nikt nie nazywał szpitalem.
- Hej, Leno- rzuciła do szatynki.
Lena była całkiem podobna do niej: samotna, po operacji piersi odrzucona przez
męża.
Naty zawsze podziwiała ją za odwagę. Niedawno
skończyła się ich sprawa rozwodowa. Lena wywalczyła w nich prawo do opieki nad
dzieckiem i mieszkanie. Teraz próbuje ułożyć sobie życie na nowo. Zawsze, gdy
Naty z nią rozmawia, widzi coś niezwykłego….
Widzi nadzieję…
- O, to ty- podniosła wzrok zza
wieżowców papieru- Doktor Fergue już na
ciebie czeka.
******
Obejmował go ramieniem. Gdy
chciał coś powiedzieć wystarczyło, że spojrzy mu w oczy, a odpowiedź znajdowała
się sama. Lekki wiatr dodawał temu miejscu uroku. Cudowne chwile spędzone z nim
naradzały się właśnie tu. Liście, ławki, biegające dzieci. To wszytko
znajdziemy tu. Usiedli na ławce po czym przyglądali się drzewom. Niby nudne a
piękne. Spojrzał mu w oczy.
- Piękne miejsce prawda? -
zapytał.
-Cudowne - odpowiedział ukochany.
Jego uśmiech. Taki wspaniały.
- Wiesz, Leon, że spotkaliśmy się
trzy lata temu właśnie w tym parku?- spytał wyjmując zza ławeczki Carmen-
piękną gitarę, którą kupił mu Leon na ich pierwszą rocznicę- Chciałbym godnie
uhonorować ten moment i zagrać Ci piosenkę…
Jeśli
nie ma nic do powiedzenia,
Ani nic do rozmawiania,
Nie trzeba tłumaczyć,
Jeżeli ochronisz wszystkie sekrety mojego życia,
I moje sny, to się dowiesz...
Ani nic do rozmawiania,
Nie trzeba tłumaczyć,
Jeżeli ochronisz wszystkie sekrety mojego życia,
I moje sny, to się dowiesz...
Przed oczyma wirują mu ich
pierwsze spotkania, kłótnie. Doskonale pamięta, intrygi Ludmiły, ich kłótnię o
Violettę, jej niezdecydowanie. Jakim był wtedy głupcem! Nie rozumiał, kogo
naprawdę kocha, z kim powinien być, jak powinno wyglądać jego życie. Bardzo się
pogubił tu, w Buenos Aires. Jak niewiele ich podzieliło? Względy dziewczyny,
która i tak ich obu zdradziła i zostawiła? Teraz już wie, że to, co
najważniejsze to jego miłość do Leona. Teraz nie liczy się nic więcej…
Jesteś
jedyną piosenką,
Która zawsze opisuje,
Jak moje serce bije,
Każde słowo, każdy zapisek, który mi dajesz
Sprawia, że czuje, że jestem razem z tobą…
Która zawsze opisuje,
Jak moje serce bije,
Każde słowo, każdy zapisek, który mi dajesz
Sprawia, że czuje, że jestem razem z tobą…
Spojrzał na niego. Przybliżył
się.
-Nie tutaj - szepnął mu na ucho
Leon.
-Wstydzisz się tego? - zapytał
Tomas - bo ja nie.
- Nie oto chodzi - odpowiedział.
- Posłuchaj nie obchodzi mnie co
mówią inni - odpowiedział zdenerwowanym tonem.
-A powinno - spokojnym tonem
mówił Leon.
- Skoro nie możemy się dogadać to
może się rozstaniemy co? - krzyknął wyraźnie wściekły.
-Przestańmy się kłócić bo do
niczego nie dojdziemy - uspokajał go - Co powiesz na przejażdżkę motorem na
zgodę?
- Chętnie - odpowiedział
ucieszony.
Wiatr wiał mu w głowę. Czuł go
chociaż miał kask. Była wietrzna pogoda ale jemu było ciepło. Był przy
ukochanej osobie i nic nie mogło tego zmienić. Coś było nie tak.
-Może byś trochę zwolnił Leon? -
zapytał Tomas.
-Ale po co?- powiedział Leon- Im
większa prędkość, tym większa frajda…
Im większa prędkość….
*****
Stał przed wielkim, białym budynkiem. Jego oczy spoglądały w wielki szyld. Pisało na nim
,,Resto Musica". Za pracował na to sam. No może z czyjąś pomocą. Ale co z tego. Jest dumny z tego co osiągnął. Porzucił muzykę by zająć się tym co naprawdę kochał. Ma własną restaurację, a z niej dużo pieniędzy. Każdy kto tam raz przyjdzie musi wrócić ponownie. Jednak coś nie daje mu spokoju. Tylko nie wie co.
Spogląda jeszcze raz na szyld po czym wchodzi do restauracji. Zapach mięsa i przypraw wypełnia jego nozdrza. Kocha ten zapach. Czuje go za każdym razem kiedy tu wchodzi. Witają go klienci. Co chwilę słyszy słowa: Dobry Wieczór. Nagle ogarnia go wściekłość. Wszedł do kuchni. Któryś z jego kucharzy upuścił talerz z jedzeniem. Szybko uspokoił się i kazał mu posprzątać. To właśnie jego wada. Szybko się wścieka.
Spojrzał na jedną z kucharek. Taka piękna. Jej blond włosy spadały na ramiona.
-Maxi - krzyknął ktoś z tyłu - Przybył krytyk kulinarny.
-Co? Teraz? - powiedział zdezorientowany.
- Tak teraz - odpowiedział jego najlepszy przyjaciel Facundo - Już tu jest. Szybko podbiegł do krytyka.
-Czego pan sobie życzy? - spytał.
-Pan Maximilian ?- zapytał krytyk.
-Tak to ja - odpowiedział.
-Słyszałem wiele o pańskiej restauracji - zaczął krytyk - podobno jedna z najlepszych w mieście. Aż tak bym nie powiedział - Jego ręce pociły się ze zdenerwowania. Myślał że zemdleje...
Stał przed wielkim, białym budynkiem. Jego oczy spoglądały w wielki szyld. Pisało na nim
,,Resto Musica". Za pracował na to sam. No może z czyjąś pomocą. Ale co z tego. Jest dumny z tego co osiągnął. Porzucił muzykę by zająć się tym co naprawdę kochał. Ma własną restaurację, a z niej dużo pieniędzy. Każdy kto tam raz przyjdzie musi wrócić ponownie. Jednak coś nie daje mu spokoju. Tylko nie wie co.
Spogląda jeszcze raz na szyld po czym wchodzi do restauracji. Zapach mięsa i przypraw wypełnia jego nozdrza. Kocha ten zapach. Czuje go za każdym razem kiedy tu wchodzi. Witają go klienci. Co chwilę słyszy słowa: Dobry Wieczór. Nagle ogarnia go wściekłość. Wszedł do kuchni. Któryś z jego kucharzy upuścił talerz z jedzeniem. Szybko uspokoił się i kazał mu posprzątać. To właśnie jego wada. Szybko się wścieka.
Spojrzał na jedną z kucharek. Taka piękna. Jej blond włosy spadały na ramiona.
-Maxi - krzyknął ktoś z tyłu - Przybył krytyk kulinarny.
-Co? Teraz? - powiedział zdezorientowany.
- Tak teraz - odpowiedział jego najlepszy przyjaciel Facundo - Już tu jest. Szybko podbiegł do krytyka.
-Czego pan sobie życzy? - spytał.
-Pan Maximilian ?- zapytał krytyk.
-Tak to ja - odpowiedział.
-Słyszałem wiele o pańskiej restauracji - zaczął krytyk - podobno jedna z najlepszych w mieście. Aż tak bym nie powiedział - Jego ręce pociły się ze zdenerwowania. Myślał że zemdleje...



Leomas! Jak ja ich uwielbiam :)
OdpowiedzUsuńViolka zawsze głodna.
Biedna Naty... przypomniałam sobie rozmowy na filmwebie :D od razu
Maxi weź się w garść!
Świetna współpraca! Na serio ^^
Och, dziękuję Haniu!
UsuńLeomas jest zawsze super...
No, ba...
Jak to pisałam, to też mi się to przypomniało...
Dzięki. Twoje zdanie jest dla mnie bardzo ważne
Super :)
OdpowiedzUsuńKurde, będę się powtarzać, jeśli napiszę, że rozdział był cudowny xD
Wasz blog ogólnie jest świetny <33333
Nie jest to jakaś przesłodzona historyjka. Opisujecie problemu prawdziwych ludzi. Zazdroszczę :))
Dzisiaj krótko, no bo nie mam za bardzo weny xD
Kocham was <3333
Dziękujemy za miłe słowa :)
UsuńCześć! Przepraszam cię, ale moja dzisiejsza wypowiedź, będzie równie bezsensowna, co poprzednie. Dosłownie kilkanaście minut temu wróciłam z ok. dwugodzinnego treningu piłki ręcznej. Umieram...
OdpowiedzUsuńTy doskonale wiesz, że rozdział bardzo mi się spodobał.
Jaki sens jest w tym, bym ci to za każdym razem wypisywała?
Jesteś niesamowitą pisarką. <3
Zapraszam na nowy rozdział:
violetta-and-her-world.blogspot.com
Pozdrawiam! :)
Bardzo współczuję...
UsuńOj, przesadzasz, Słonko...
Na 100 % wpadnę !
Trzymaj się bardzo ciepło.
Pozdrawiam.
Witam myszki moje kochane!!
OdpowiedzUsuńSarro, jesteś cudowna, wiesz?
Macie nominację do LBA (choć pewnie nie raz już byliście nominowani...).
http://violetta-naxi.blogspot.com/